Kontakt z torre.pl (pon.-pt. 9-17)

  • biuro+48 22 3507285
    biuro+48 12 4447880
  • kom.+48 698 900 885
    e-mail  torre@torre.pl
Dziękujemy za zapisanie się do newslettera. Prosimy sprawdzić konto email. Za chwilę otrzyma Pan/Pani link do potwierdzenia subskrypcji.

Republika Środkowoafrykańska, Brzydka Afryka

Są trzy sposoby opowiadania o podróżach. Pierwszy to w miarę dokładny dziennik z podróży popularny od czasów gdy zaczęło się podróżować czyli od zawsze chyba. 
Inny sposób to opis tego co się w podróży widziało albo nawet co się wydawało, że się widziało a czytelnik na podstawie swojej wiedzy, innych relacji czy wiedzy skądinąd wziętej może wyrobić sobie zdanie jakie te odległe miejsca są. 
Trzeci wreszcie sposób to próba rekonstrukcji miejsca. Podróż w takim przypadku nie jest już turystyką lecz raczej częścią programu równouprawnioną wobec innych technik badawczych. 
     Ten opis wyprawy do Republiki Środkowoafrykańskiej należy do drugiego rodzaju z dwu powodów. Pierwszy powód to ten, że same opisy jak się gdzieś jechało, diariusze podróży są zdumiewająco nudne i niewielu tylko interesują a z drugiej strony na całościową analizę tej części świata autora nie było stać. Drugi powód to ten, że wydaje się nam, że już prawie każdy kawałek świata został z jednej strony opisany przez etnografów, geografów, biologów itd. a z drugiej chyba każdy kawałek został też opisany w przewodnikach Lonely Planet i im podobnych. Pod obydwoma względami chcielibyśmy trafić w środek.
Zamierzamy opowiedzieć o wrażeniach osobistych, być może zupełnie przypadkowych i wcale nie charakterystycznych ale chyba niemniej fascynujących. 
 

Miłość ?

     Łatwo się zakochać w pięknej kobiecie. Łatwo jest się zakochać w Norwegii czy Nowej Zelandii; łatwo w Indiach i w Maroku. Łatwo. Ale zakochać się w Środkowej Afryce nie jest łatwo. Miłość nie ma powodu, a jeśli jest powód to już nie ma miłości tylko przyjaźń; może wielka przyjaźń, ale jednak nie miłość. I Afryka Środkowa to jest taka stara brzydka baba, której lubić nie ma powodu i można ją tylko kochać albo od niej odejść; lubić jej nie ma za co. 

     Nigdy wcześniej nie byłem w dzikim kraju. W Europie dzicz zaczyna się za drzewami zasłaniającymi parking. W Środkowej Afryce dzicz jest wszędzie. Część tej dziczy to cywilizacja nam jeszcze nieznana a część jest dziczą prawdziwą. Poczucie dziczy jest potęgowane przez to, że wszystko co odmienne, co tylko inne traktujemy jako dzikie. Może nie da się odkryć prawdy tak za pierwszym razem ale pierwszy raz pozwala zauważyć inność. Potem część inności obrasta w interpretacje przenoszące ją do normalności; część nie ma wyjaśnienia ale już nie dziwi a część innością pozostaje na zawsze.  

Przyjazd

     Do Bangui przylecieliśmy z Paryża eleganckim airbusem Air France w niedzielę rano. Samolot jest większy niż dworzec lotniczy Mpoko w Bangui. Jest taki dostojny, że wydaje się, że to lotnisko powinno się podstawić pod samolot, że nie wypada aby samolot miał się fatygować. 

     Samolot z Paryża zatrzymuje się po drodze w Njamenie. Dla Czadu i Republiki Środkowofrykańskiej to jest jedyna bezpośrednia łączność z całym pozaafrykańskim światem. Dla obu tych krajów Paryż to już cały pozaafrykański świat. Można jeszcze wyjechać z Bangui do Abidjanu czy do Chartumu; można wynająć samolot i polecieć gdziekolwiek. Można dojechać lądem z Czadu czy z Kamerunu ale do Czadu i Kamerunu też trzeba jakoś dojechać. Ten samolot to jakby lej wąski w Bangui i rozszerzający się w Paryżu. Gdy później wysyłałem pocztówki okazało się, że lotnisko żyje tylko w te dwa dni w tygodniu gdy lata samolot. Widać, że lotnisko służy samolotom co trudno zauważyć na wielu wspaniałych lotniskach europejskich, dla których samoloty to tylko pretekst raczej niż racja dla ich istnienia (jak stacja benzynowa stanowi pretekst dla istnienia sklepu). 

     Od razu na lotnisku straciłem paszport, jakiś urzędnik mi go zabrał. Inny sprawdził książeczkę szczepień. Już się pożegnałem z paszportem ale w cudowny sposób się jednak znalazł. Bagaże też zjawiły się bez problemu mimo strasznego bałaganu. Chętnych do noszenia bagażu mnóstwo. Po drodze mijaliśmy chatki ulepione z gliny. Od razu pomyślałem, że to jakieś szachrajstwo, że na głównej drodze od lotniska do centrum miasta nie mogą w naturalny sposób stać takie domy, że to tylko tak dla turystów. A tam nie ma turystów. Wcale. I te domy ulepione z laterytowych cegieł, z dachem zerwanym z pobliskiej palmy to zdecydowanie dominująca architektura w kraju. 

     Zamieszkaliśmy w wynajętym murowanym domu o standardzie zupełnie wystarczającym. Zwracają uwagę kraty w oknach i solidne, żelazem wzmacniane drzwi.
- To przeciw złodziejom ?
- Nie, złodziei u nas nie ma odkąd policja ich od razu rozstrzeliwuje. To pamiątka z rozruchów parę lat temu. 
I faktycznie domy się rzadko zamyka, większości nawet nie ma jak zamknąć, nie mówiąc już o zamknięciu samochodów. Zamek i szyby to chyba ostatnie rzeczy o jakich myśli jego właściciel. 
Po naszym domu kręci się masa ludzi. Odnosi się wrażenie, że oni sami się między sobą nie bardzo znają i gdyby ktoś obcy przyszedł też mógłby się koli napić (przy okazji okazuje się że coca-cola w skrócie to koka, a na prośbę o kolę dostaniemy orzeszki kola). Ale to pozór; niewprawne oko nie widzi jeszcze granicy między rodzinami nie potrafi dojrzeć porządku w bałaganie. W ogródku dziecko bawi się małpą kapucynką ściśniętą w pasie sznurkiem. Żartowaliśmy, że Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami miałoby tu co robić. Potem okazało się, że Towarzystwo Opieki nad Ludźmi też by się nie nudziło. 
Otworzyłem bramę na parę centymetrów - nic; więc szerzej - nadal nic więc wychodzę na zewnątrz a tam świat jaki mógłby się tylko przyśnić. 
 

Pierwsze wrażenia

     Dostałem eskortę złożoną z dwóch miejscowych chłopaków bardzo zadowolonych ze swej funkcji. Davidowi, kierowcy, dałem do potrzymania aparat fotograficzny Zenith co wprawiło go w bardzo dobry nastrój. Już następnego dnia po zaproszeniu Davida i Abegi do dyskoteki dałem sobie spokój z ich towarzystwem widząc, że to wszystko raczej dla poprawy prestiżu eskortujących niż bezpieczeństwa eskortowanego. W dyskotece wrażenie zrobiła na mnie filigranowa chodząca reklama pasty do zębów otwierająca sobie zębami piwo. Cóż ja też mogłem zadziwić naszymi słowiańskimi metodami otwierania piwa .... Granicę z Kongiem stanowi rzeka Oubangi. Granicę można przekraczać bez problemów i często się z tej możliwości korzysta. W powszechnym użyciu są pirogi wycięte z jednego pnia, długie na kilka i kilkanaście metrów, napędzane jednym wiosłem. Pływają też małe kilkunastometrowe, drewniane, płaskodenne stateczki z silnikiem. Zazwyczaj wożą kawę. Wcale nie ma plastykowych łódek, jest kilka barek stalowych to przewozu paliw. Całą benzynę dowozi się z Point Noire lub z Konga. W ogóle wszelkie produkty przemysłowe przywozi się co najmniej z Kamerunu, nawet piwo Guiness, wode mineralną i herbatę. Oubangi to główna droga transportowa. W porze deszczowej trudno liczyć na drogi lądowe i rzeka staje się jeszcze ważniejsza. W porze suchej wystające kamienie utrudniają większym statkom poruszanie się po rzece ale za to wtedy drogi są lepsze. Woda w rzece jest na tyle czysta, że w porze deszczowej podobno nie pasteryzuje się piwa, ale trudno w to uwierzyć. W każdym razie piwo piliśmy a wody z rzek z powodu ameby i tym podobnych stworzeń nie. Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy na wycieczkę wokół Bangui. Mijaliśmy więzienie założone przez Bokassę. To faktycznie dość ponura budowla. Jak zwykle w tropiku jeśli budowla jest nieużywana to błyskawicznie porasta glonami i roślinami. Skąd one wiedzą, że budowla jest nieużywana ? Potem kościół i cmentarz misjonarzy. Ładny ten cmentarz chociaż trudno oprzeć się wrażeniu, że ci co na nim leżą mimo najszczerszych chęci nie rozpropagowali specjalnie katolicyzmu, a może po prostu miejscowi katolicy leżą gdzie indziej ... Na jakiejś bocznej drodze szlaban zrobiony z patyka i paru kamieni. Miejscowe chłopaki muszą z czegoś żyć. Przepuszczają nas za kilkaset franków. Jeździ się albo odkrytym pick-upem albo taksówką. Zawsze w dużym towarzystwie. Taksówki stosują te samą taryfe w całym mieście ale jeśli się dosiadamy do kogoś to płacimy mniej. Ile osób mieści się w taksówce ? Siedem, osiem; właściwie nie ma ograniczeń. Można siedzieć po lewej stronie kierowcy, na dachu, w oknie, gdzie kto chce. Kierowca gdy widzi poważnego klienta może wyrzucić z taksówki dotychczasowego pasażera i zabrać "poważnego". Ponieważ my byliśmy "poważni" strasznie głupio się wtedy czuliśmy. Na upał byłem przygotowany, wszyscy mnie w Polsce nim straszyli. Ja nie lubię ciepła. Nawet w Paryżu było mi gorąco. Okazało się, że nie jest tak strasznie, a mamy marzec, najgorętszy miesiąc. Jest bardzo wilgotno i może to powoduje, że daje się wytrzymać. No ale zobaczymy.  

Upał

     Taaak upał to żelazny punkt którego nie da się pominąć w opisie Afryki. Upał i wilgoć tłumaczą bardzo wiele. Nie tylko wygląd terenu, ale też zachowania ludzi, kulturę, wszystko. Można opisać Szwajcarię nie opisując jej temperatury czy deszczu, Afryka bez upału nie istnieje. Dziwiłem się kiedyś czytając książki podróżników, że w Afryce nie ma cienia bo słońce świeci pionowo. Być może tak jest na pustyni, w suchych okolicach albo o innej porze roku. Na równiku cień jest. Jest wszędzie. Niebo jest prawie cały czas zachmurzone i słońce niemal nigdy nie świeci bezpośrednio; nagrzewa tylko zupę powietrzno-wodną a przed tą zupą nie ma już ucieczki. Byle palma nie ochroni. Tylko klimatyzacja. Gdy się wyjdzie na słońce to nie ma się wrażenia, że jego promienie dotykają do skóry tak jak u nas na wiosnę, czy na plaży nad morzem; ono nie parzy. Służy tylko do świecenia. Słońce ogrzewa zupę i dopiero w wyniku zanurzenia w zupie ogrzewa się ciało. Światło też jest wszędzie, niewielu ludzi używa okularów słonecznych bo jasność też nie ma kierunków. Mieszkaliśmy w wynajętym domu z klimatyzacją. Wyłączałem zazwyczaj tę klimatyzację, a po dwóch dniach i tak się zepsuła. Nie martwiłem się zbytnio bo i tak byłem przekonany, że będzie jeszcze goręcej a doradzano mi aby klimatyzator wyłączać jak najczęściej żeby się przyzwyczajać do temperatury i nie przeziębić się. Potem przyszedł naprawiacz klimatyzatorów, wyjął go ze ściany i już więcej klimatyzatora nie oglądałem. Została po nim dziura w ścianie. Komary były szczęśliwe że nie muszą się już przeciskać przez moskitierę a małe gekony, że mogą odkrywać nowy świat. To, że jest jednocześnie ciepło i wilgotno powoduje, że nic nie wysycha łatwo, człowiek też nie. Gdy coś się rozleje to kałuża zostanie na parę dni. Robaki mają swoją mini - porę deszczową przez te dni. Człowiek jak się spoci to już jest mokry cały czas, tygodniami. Śpi we własnym pocie, pot nie paruje bo powietrze nie chce już więcej wody. Ale ten pot nie śmierdzi, bo to nie jest pot z fizycznego zmęczenia lecz z upału; to właściwie czysta woda. Nawet w autobusie nie ma tego autobusowo-europejskiego smrodu. Europejczycy też nie śmierdzą. No może tylko ja czułem zapach laterytu przylepionego do mokrej koszuli. Ale to zapach pyłu nie potu. Zadziwiające jak czyści są tam ludzie, a nie wygląda aby o czystość specjalnie dbali. No może dzieci tarzające się w piachu do najczystszych nie należą. Wszyscy dosyć źle znoszą upały; Murzyni też. Murzyni mają bardzo małą tolerancję na temperaturę. Pocą się i narzekają na upał jak biali a marzną gdy tylko deszcz spadnie i temperatura spadnie do jakichś 28 stopni. Widziałem już wtedy ludzi w kurtkach z kapturem. Nie wygląda na to aby deszcz przynosił radość. W Polsce ciepły deszczyk to przyjemność przynajmniej czasem. Ale nie w Afryce, Tu dzieci nie taplają się w wodzie, nie puszczają okrętów z kory i patyków po deszczowych rzeczkach. (Chyba nawet w Skandynawii ludzie mają większą przyjemność z deszczu). Afrykański deszcz to jak splunięcie przez trąbę wielkiego słonia. Upał działa też na czas. Rozciąga chwile. Chwila to jest taki okres czasu, w którym nie da się nic zrobić. To taki punkt czasowy. Gdy się mówi, że coś się wydarzy za chwilę to ma się na myśli, że upłynie tak mało czasu, że już nic się w nim nie może stać. W Afryce chwila trwa znacznie dłużej. Na początku jest to trochę irytujące (kupno znaczków na poczcie, a byliśmy jedynymi klientami i nie mieliśmy zbyt wyrafinowanych wymagań trwało ponad czterdzieści minut) ale gdy już się dostosuje własne odczuwanie chwili już nie przeszkadza.

     Upał potęgowany jest jeszcze przez monotonię. W nocy jest niewiele chłodniej niż w dzień, dzień ma prawie taką samą długość przez cały rok, niedziela wygląda jak wtorek, zima podobna jest do lata. Chyba tylko na biegunach pogoda jest podobnie monotonna jak na równiku ale bieguny ludzie już dawno z nudy opuścili... Monotonia zamazuje granice między chwilami. Nie dość, że chwile się wydłużają to jeszcze sklejają się ze sobą. Zegarki nie są w modzie (zegar słoneczny też by tam nie działał) więc trudno o jakieś precyzyjniejsze określenie czasu niż "zaraz" czy "rano". Nie wiadomo kiedy odjeżdża autobus ale skoro dzień składa się tylko z kilku zlepionych ze sobą chwil to nie jest to takie istotne. 

     Rosjanka Natasza, właścicielka sklepu rybnego i mieszkająca w Bangui od piętnastu lat mówi, że ona czuje się tam jak na daczy w upalną niedzielę. Od piętnastu lat na daczy ... Miasto każdego dnia budzi się tak jak europejskie miasto budzi się w niedzielę, powoli, i nigdy to przebudzenie nie jest całkowite. Miasto w Afryce ma zawsze przymknięte, zaspane oczy.  

Gesty 

     Przywitania typu "cześć" nie spotyka się często. Ludzie mają czas na przywitanie. Przywitanie też trwa chwilę. Pytają o zdrowie i pilnie czekają na odpowiedź. Oznaką radości jest śmiech. Ludzie gdy są uradowani nie uśmiechają się lecz śmieją. Kobiety witają się dotykając się policzkami z jednej strony raz i z drugiej strony dwa razy. Mężczyźni robią to samo tyle, że dotykają się czołami po obu stronach. Istnieje też normalne potrząsanie rąk. Gdy ludzie się bardzo cieszą ze spotkania podają sobie ręce i pstrykają głośno palcami. Robią to tak jak my pstrykamy na kelnera zaczepiając środkowy palec o kciuk i uderzając nim o dłoń tyle że zaczepiają nawzajem swoje środkowe palce. Robią tak też wtedy gdy ktoś powie coś bardzo śmiesznego czy trafnego, mniej więcej w takich okolicznościach jak u nas gdy "przybija się piątkę".   

"Dużo" - to kilkakrotne uderzanie dolną częścią pięści w otwartą dłoń. Im więcej tym więcej uderzeń. Ludzie lubią tańczyć. Widywałem próby jakiegośzespołu o zapachu haszyszu przy otwartym oknie. Przechodzący ulicą ludzie zatrzymywali się na trochę potańczyć. Dzieci

     Dzieci w Afryce to dorośli tylko trochę mniejsi. Małe dziecko nie opuszcza prawie pleców matki, przywiązane do niej dużą chustą. Nogi mu tylko uroczo wystają i głowa. Matka jeśli nie niesie miski na głowie stara się trzymać jeszcze jedną chustę tak aby choć niewielki podmuch owiewał dziecko. Trzy - pięcioletnie dzieci bawią się ze sobą w okolicy domów. Te starsze już się czymś zajmują: noszą coś, sprzedają orzeszki kola, banany czy mango, naprawiają buty. Dorosłość dla nich to prawie emerytura. Odnosi się wrażenie, że dorośli mężczyźni poza gadaniem i spaniem niczym już się nie zajmują.

     Nie ma dzieci żebrzących. Na ulicy obnoszą swój towar na sprzedaż: mydło, jajka, kolę z lukrecją czy rybę. Nie są natarczywe mimo, że to, że ich jest tak dużo czyni takie wrażenie. Czasem bawią się przy swoich ministraganach.

     Kupiłem raz szklaną butelkę 0,33 wody mineralnej. Wypiłem ją prawie całą. Gdy podszedł do mnie koleś w wieku chyba sześciu lat pomyślałem, że jeśli poprosi to dam mu tę butelkę (butelka z kaucją) a on podszedł i nie poprosił o nią tylko spytał czy nie potrzebuję ochrony (którą on mi może zapewnić). Nie - mówię. Dał mi jeszcze kilka propozycji ale na żadną nie reflektowałem. Dałem mu tę butelkę z resztką wody bo wiedziałem, że w końcu to o nią mu chodziło. Gdy spotkałem go znów po tygodniu i nie poznałem go przypomniał mi się: "To ja jestem ten, któremu dałeś butelkę." Już miałem kumpla.  

Biali 

     Białych jest bardzo mało. Większość wyjechała kilka lat temu podczas zamieszek. Nie wracają tylko ci, którzy nie bardzo mają dokąd jak Natasza. Jest jeszcze kilkuset białych plantatorów, misjonarzy, nauczycieli, doradców, lekarzy. Są jeszcze biali pracownicy ONZ, doradcy, handlarze diamentami, dyplomaci. Oni wyjadą gdy tylko cos się zacznie dziać.Dzieci czasem biegały za nami wyśmiewając się z nas. Ale nie czuliśmy się źle z tego powodu. Myślę, że biały czuje się lepiej gdy się dzieci z niego wyśmiewają w Afryce niż czarny gdy białe dzieci śmieją się z niego w Europie. Może europejskie dzieci śmieją się bardziej serio ?? Stosunek do białych jest mniej więcej podobny do stosunku Polaków do Niemców. Zazdrość pomieszana z pogardą. Chęć ogrzania się blisko bogactwa i poczucie, że "oni nas nie rozumieją" ze strony czarnych. Biali albo otwarcie manifestują swoją wyższość albo chcąc być correct ostentacyjnie podkreślają równość. Obie strony oczekują od białych przestrzegania pewnych reguł. Biały nie jeździ na pace samochodu ani na dachu furgonetki; Biały nie otwiera bramy swego domu. Biały nie włóczy się po bazarze ani nic nie nosi. Biały z nostalgią wspomina dawne czasy. Czarni też lubią gdy biały, z którym rozmawiają to gość który z innymi czarnymi nie rozmawia tylko z nimi a nie facet w obdartych gaciach. Sami Murzyni doszukują się drobnych różnic w kolorze skóry. Gdy powiedziałem pewnej dziewczynie, że jest czarna oburzyła się okropnie i powiedziała, że ona przecież jest brązowa (maron) nie czarna. Pigmeje są bardzo czarni i lokują się bardzo nisko, ale może też ze względu na swą posturę.i, że nie znają ani sango ani francuskiego. Pigmeje poza tym mają bardzo złą opinię jako czarodzieje okropni.  

     Dyrektor Urzędu Imigracyjnego w Bangui obraził się gdy zobaczył, że przyszedłem załatwiać urzędową sprawę w krótkich spodniach. Kazał mi przyjść w poniedziałek. Jeśli ktoś jest na wysokim stanowisku to chodzi w krawacie cały dzień i w pracy i w domu, i w knajpie, i w niedzielę. Oni mają wypracowane wzorce elegancji, które są tam praktyczne, ale kontakty z Europejczykami i to, że zajmują teraz ich miejsca powoduje, że potrzebują zademonstrować, że są tych pozycji rzeczywiście godni i przez to zachowują się często karykaturalnie. Jak prawdziwi prowincjusze. Tak, to jest dokładnie taki stosunek jaki zachodzi między świadomym siebie prowincjuszem, który jest siebie świadom i który coś osiągnął a człowiekiem z metropolii. To chyba Gombrowicz napisał, że "Kto wie, że nie można jeść ryby nożem może jeść rybę nożem"  Spotkałem w knajpie dwóch białych: 
     Niemiec Michael ze Stuttgartu i Arsene z Belgii. Mieszkają w Afryce od 32 lat i już tam umrą. Oni nie mają dokąd wracać. Dusze im się też zmniejszyły tak, że nie mogliby mieszkać w Europie. Jednak zdziwiłem się jak dużo wiedzą i o Europie i o Afryce nie mając telewizorów ani europejskich gazet. Byli najlepiej poinformowanymi ludźmi jakich tam spotkałem. A może nie mieli interesu żeby kłamać. Oni obaj już poruszają się powoli, zarazili się już tą powolnością i nawet gdyby nie było takiej potrzeby to też by się powoli poruszali. Arsene jest doradcą prezydenta do spraw technicznych ale nie jestem pewien czy to jego stanowisko dokładnie tak się nazywa. Mieszka w niezłej dzielnicy, w przeciętnym domu, ma człowieka do otwierania drzwi. W domu kilka bardzo ładnych rzeźb, zdjęcia z prezydentem, parę gazet, kilka książek. Afryka Środkowa z punktu widzenia administracji państwowej to mały kraj. Budowa mostu jest tam sprawą wagi państwowej. Każdy, trochę większy business niż bazarowy handel natychmiast zainteresuje państwowych notabli. Doradca do spraw technicznych niezbyt często ma co robić ale już budowa kładki nad rzeką jest poważnym przedsięwzięciem, którym się zajmuje doradca. To mały kraj i doradca do spraw technicznych wie o sprawach technicznych wszystko. Zna wszystkie drogi i mosty, zna wszystkie większe budynki w kraju, wie w swojej dziedzinie wszystko. Nie ma wielu takich krajów. Krajów jak jedna wielka wieś.

Arsene też ma swoje małe kłopoty; była awaria prądu po jego stronie drogi. A prądu nie da się niczym zastąpić. Elektryczność nie jest potrzebna do gotowania; gotuje się na węglu drzewnym; nie jest też potrzebna do oświetlania; od biedy można przez parę dni oświetlać dom świeczkami. Ale klimatyzator nie ruszy bez prądu. A Arsene jest człowiekiem starym i pochylonym już. Gdy zabrakło prądu pracował nad projektem dla prezydenta. Rysował tuszem a tusz gdy na niego kapnie kropla potu z nosa rozmazuje się. Arsene wysłał memorandum do prezydenta kraju w którym napisał, że ze względu na brak prądu i kapanie potu na projekt nie jest w stanie wykonać go na czas więc prosi albo o przesunięcie terminu albo o interwencję w sprawie prądu. I prezydent prąd włączył. To od Arsene'a dostałem koszulkę z portretem obecnego prezydenta Ange-Felixa Patasse'a. Wiele osób ma takie. Nawet dziewczyny mają jego gębę wydrukowaną na sukienkach. Od razu wielu ludzi zaczęło do mnie podchodzić i gratulować mi tego, że popieram prezydenta. Prezydent pochodzi z plemienia Gbaya, z północy; w Bangui jest obcy ale w końcu jest aktualnym prezydentem więc to, że wielu go lubi specjalnie nie dziwi. W Mbaiki już się nie zobaczy zdjęć prezydenta, są za to zdjęcia kilku lokalnych polityków, którzy jednak przegrali wybory ale pochodzą z tamtego rejonu. Partie polityczne, pomimo, że mają nazwy odwołujące się do ideologii są tak naprawdę ugrupowaniami trybalnymi. Rewolucje afrykańskie to też w zasadzie awantury rodzinne. Niewiele w nich konfliktu idei. Chyba, że chodzi o ideę dostępu do diamentów ... 

     Arsene nie dostaje pieniędzy na czas jak i wszyscy. Nawet były minister finansów nie dostaje emerytury na czas. Nikt nie dostaje. Jeśli państwo wie, że jakiś urzędnik może sobie dorobić na boku to opóźnienie jest większe. Armia na boku nie dorabia a policja może Rząd nie płaci nauczycielom więc ci naciskają na rodziców aby ci dofinansowali szkoły i faktycznie tak się dzieje, że płace nauczycieli w państwowych szkołach są finansowanie przez rodziców. Szkoła poza płacami dla nauczycieli nie ma większych wydatków. 

     Michael jest emerytem. Emeryturę dostaje od Narodów Zjednoczonych i chyba od francuskiej armii więc ma lepiej niż Arsene. Jego żona przygotowuje potrawę z ryby i manioku, ostro przyprawioną a córka, dwunastoletnia Stephanie sprzedaje ją po 150 franków na ulicy. Sto pięćdziesiąt franków to sporo. Wszystkie pieniądze oddaje matce a ta je przechowuje z przeznaczeniem na szkołę. Stephanie nie ma dostępu do tych pieniędzy ale wie ile ma. Zresztą poza szkołą nie bardzo miałaby je na co wydać. Michael wyśle córki do Europy gdy będą miały 16 lat. Czy wrócą ? Niech wracają jeśli chcą. Ale sam w to wątpi. On już nie wróci. Ale nie lubi tego kraju. Nie lubi języka sango, nie lubi głośnej muzyki w knajpie, ludzi nie lubi . Niczego tam nie lubi. Żeby kochać nie trzeba lubić. 

     Gdy spytać Arsene o Afrykę to widać jak błyszczą oczy, widać, że on lubi tę Afrykę. Michaelowi przy pytaniach o Afrykę z pogardą wykrzywiają się usta. Może to tylko różnica temperamentu, może różnica między żołnierzem a budowniczym, może między człowiekiem biorącym pensję od rządu a względnie niezależnym. A może to po prostu starsi przekomarzający się panowie ...  

Bazar 

     Tuż za bramą naszego domu były dwa sklepy zbudowane z czterech patyków i kilku desek stanowiących ladę. Na ladzie kilkanaście ząbków malutkiego czosnku, kilka owoców mango, dwie torebki soli, kawałek mocno wędzonego mięsa antylopy, parę strąków papryki. Cała wartość tego towaru to kilkaset franków. Przez trzy tygodnie nie widziałem aby ktokolwiek tam coś kupił. Tylko ja kupiłem torebkę soli za 25 franków. Obrót 25 franków. Jaki zysk więc ?? Sklep nie utrzyma rodziny. Ani nawet samego sprzedawcy. 
 
    Pięć kilometrów od centrum miasta jest bazar. Miasto jest zorganizowane tak, że centrum położone jest nad rzeką. Są tam budynki rządowe, parę sklepów, kilka restauracji, ze trzy hotele. Od centrum ciągnie się asfaltowa ulica prowadząca do bazaru Mamadou Mbaiki (zwanego też Cinque Kilo bo jest pięć kilometrów od centrum) Ten bazar to dokładne przeciwieństwo centrum. Z tamtego miasta można pojechać do Paryża, z bazaru można wyjechać w interior (tam jest tradycyjny przystanek autobusowy). Bazar to drugie miasto, o podobnym obszarze jak tamto a strukturze niewątpliwie skomplikowanej i zapewne niezbyt znanej. Bazar to prawdziwe miasto. To jest zarówno ośrodek handlu jak i rozrywki, tu można naprawić samochód i stracić portfel. Można tam kupić wszystko co potrzebne: klapki, aluminiową miskę, wędzoną małpę czy krokodyla, łeb krowy, deskę, orzeszki ziemne, arbuza, ananasa, materiał na sukienkę. Nie przychodzi się tam tylko po to żeby coś kupić czy sprzedać. Są takie stragany (na straganach siedzi się na ladach) w ogóle prawie pozbawione jakiegokolwiek towaru. To prawdziwe miasto więc można tam sobie coś załatwić, poplotkować, poczuć jak jest. Miasto ze swoimi dzielnicami plemiennymi i wyznaniowymi, z dzielnicami nędzy i bogactwa.  

Wycieczka do Boali 

     Zrobiliśmy sobie dwie wycieczki: do Boali na północ i do M'baiki na zachód. Wiedzieliśmy, że w Boali są piękne wodospady ale po przyjeździe okazało się że jest tam tylko zapora wodna. Dojazd do niej pilnowany jest przez bosego ciecia myjącego sobie nogi na drodze. Miał szlaban. Nie wpuścił nas i kazał jechać do miasta po zezwolenie od dyrektora. Dyrektor jest gdzieś na bazarze i jak popytamy to ktoś nam go pokaże; zresztą takiego dygnitarza trudno nie zauważyć. Po drodze jeszcze zabraliśmy jakiegoś żołnierza, który mówił, że może nam załatwić wjazd ale niestety autorytet żołnierza nie wystarczył na ciecia. Pojechaliśmy na bazar ale po drodze rozminęliśmy się z dyrektorem. Szybko za nim pojechaliśmy i cieć po naleganiu żołnierza wpuścił nas na tyle aby móc porozmawiać z dyrektorem. Okazało się, że dyrektor to fajny gość, mówi po rosyjsku bo studiował w Leningradzie. Pozwolił nam pojechać na zaporę. Przy samej zaporze znów stało dwóch cieciów i nie uwierzyli nam, że dyrektor pozwolił nam oglądać ten strategiczny obiekt i musimy mieć albo zezwolenie na piśmie albo on musi osobiście usłyszeć zgodę dyrektora. Pojechaliśmy i przywieźliśmy dyrektora zadowolonego, że jego ludzie mają do niego taki szacunek i bardzo dumny pokazywał nam tę zaporę. Nic ciekawego właściwie i chcieliśmy jechać już po 10 minutach ale nie chcieliśmy psuć mu przyjemności. Okazało się, że wodospady jednak są ale kilka kilometrów w dół rzeki. Pojechaliśmy tam oczywiście. Droga była tak kiepska, że ostatnie pół kilometra przeszliśmy piechotą wzdłuż wsi. Wodospadów nie widać ale widać elektrownię wodną. Elektrownia nas nie interesuje. Widać ścieżkę prowadzącą do wodospadów i faceta inkasującego po 1500 franków CFA (USD 2,5) za oglądanie wodospadów. Gdyby to było za oglądanie elektrowni to jeszcze uznalibyśmy, że OK. bo może mają jakieś zasługi w budowie albo za to, że wybudowano ją na terenie wsi i coś im elektrownia zniszczyła. Ale nie, elektrownię można oglądać sobie za darmo. Uznaliśmy że ponieważ nasza wycieczka liczy chyba z 8 osób to nie stać nas na taki wydatek i lepiej jest obejść posterunek i nielegalnie pooglądać wodospady. I tym oczywiście wywołaliśmy wojnę. Cała wieś żyje z tych opłat za oglądanie wodospadów. Za 20 dolarów dziennie cała wieś nieźle może sobie żyć i oczywiście cała wieś przyszła się awanturować. Skończyło się na tym, że dwóch z nas obejrzało wodospady gratis a ja dla świętego spokoju zapłaciłem za oglądanie. Reszta wycieczki była już tak zmęczona, że już nawet nie chciało im się. 

     Klimat jest taki, że w zasadzie można sobie pozwolić na jedną czynność dziennie. Na drugą nie ma już siły. Wracając do Bangui zajechaliśmy jeszcze do Jeziora Krokodyli. Po pokonaniu kilku szlabanów i zapłaceniu kilku haraczy kupiliśmy kurę i miejscowy chłopak zdumiewająco szybko przywabił nią dwa krokodyle. Trochę przykro się nam zrobiło gdy okazało się, że jeden krokodyl ma na imię Jean-Pierre a drugi Jean-Paul. No ale cóż, z czegoś ta okolica też musi żyć. Przynajmniej nie wymordują tych krokodyli. Nie wyglądało to najlepiej gdy rzucał w stronę Jean-Pierre'a kurą przywiązaną za nogę. A jeszcze gorzej wyglądało gdy krokodyl capnął kurę tak że tylko urwana noga na sznurku została. 
Jadąc od jeziora d głównej drogi spotkaliśmy myśliwego z łukiem. Ale nie miał żadnego upolowanego zwierzęcia. 
 

Wycieczka do M'Baiki

     Druga wycieczka to M'baiki. Cały kraj wygląda podobnie, to sawanna, a chcieliśmy zobaczyć jeszcze tropikalny las. A najbliższy las jest właśnie w Mbaiki. Pigmeje tam mieszkający nie kusili nas zbytnio bo spodziewaliśmy się, że będą bardzo cepeliowi. Poprosiłem naszego otwieracza drzwi aby obudził nas o odpowiedniej porze, pojechał z nami na bazar na piątym kilometrze (Mamadou M'baiki) i pokazał nam odpowiedni autobus. Autobus miał dumną nazwę: Galaxy. Nawet nie był tak bardzo zatłoczony. Dach miał wypełniony bułkami bo M'baiki nie ma piekarni. Kiedy odjazd ? Zaraz. To znaczy kiedy dokładnie ? No, za pół godziny. Przesiedzieliśmy w autobusie półtorej godziny i ruszyliśmy. Przy wyjeździe z miasta posterunek. Sprawdzają paszporty. Nie wiadomo po co. Nawet nie wiedzą przecież gdzie ta Polska jest ani jak ten polski paszport wygląda; chyba, żeby wszyscy widzieli, że biały wysiadł z autobusu i podszedł do ważnego urzędnika prosić o zgodę na dalszą jazdę. Z opowieści słyszeliśmy, że M'baiki to poważna metropolia, a na miejscu okazało się, że to poważnie podupadła metropolia. W mieście kończy się asfaltowa droga więc sprawia trochę wrażenie końca świata. Na bazarze zadziwia mnogość sprzedających i niewielka ilość sprzedawanego towaru. Kupujących jeszcze mniej. Towar taki, że każdy z miejscowych nie musi się fatygować na bazar aby samemu sobie znaleźć w lesie parę bananów czy mango, złowić rybę albo wyhodować trochę manioku. Sprzedawcy nie są zbyt natarczywi ale pozdrawiają nas, pytając skąd jesteśmy. Możemy zrobić zdjęcie ale za pieniądze. Rezygnujemy. W mieście ludzie chcą być fotografowani, czasem za pieniądze czasem nie. Na wsi jest trudniej. Ludzie nie chcą aby zabierać ich wizerunek ze sobą bo nie wiadomo co ten fotograf zrobi z tym zdjęciem, może sprzeda Pigmejom a może sam użyje do niecnych celów. A dzieci są naiwne i chcą by je ktoś przygarnął, a jak już nie to żeby zrobił ich zdjęcie i zabrał ze sobą. Obeszliśmy wsiowo-bazarową część miasta i poszliśmy w górę zobaczyć administracyjno - kościelną część. Przechodząc koło posterunku zostaliśmy zatrzymani przez nudzących się policjantów. Spytali nas czy mamy zezwolenie na poruszanie się w strefie górniczej. Strefa górnicza to złoto i diamenty. I złoto i diamenty występują tam w złożach aluwialnych nie można więc ogrodzić kopalni ale określa się cały obszar jako strefę górniczą do której wstęp dla obcych dozwolony jest tylko za specjalnymi zezwoleniami Ministerstwa Górnictwa i Energetyki w Bangui. M'baiki nie stanowi strefy górniczej. Policja wciska nam kit. Do strefy byśmy nawet nie wjechali bo posterunki są już na drogach. Policjant mówił po angielsku. Pochwaliłem go za ten angielski co go niezwykle uradowało i polecił sekretarce przygotować nam jednodniowe zezwolenia na pobyt w M'baiki. Wstemplował je nam do paszportów. W oczekiwaniu na stemple rozmawialiśmy swobodnie i okazało się, że szef posterunku mówi też po rosyjsku. Sugestia, że może jest rosyjskim szpiegiem zniszczyła całą atmosferę i wcale nie została potraktowana jako dowcip. Wręczył nam paszporty ale pożegnaliśmy się chłodno. Wracamy ośmioosobowym mikrobusem. Jest nas w środku siedemnastu. I kilku na dachu. Trzech, czterech ? Mogę się tylko domyślać po cieniach. Każdy ma bagaż, nikt na próżno nie jedzie, nikt się nie rusza nie zmienia pozycji; jak usiadł tak mu jest wygodnie, dostosował swoje ciało do wolnych luk, gdyby się poruszył musiałby je dostosowywać na nowo. Autobus się zatrzymuje na każde żądanie, nawet jeśli ktoś chce tylko pozdrowić znajomych mieszkających w mijanym domu.
Już wcześniej przeczytaliśmy w jakimś amerykańskim przewodniku zdanie: "Jeśli przyjeżdżasz do Bangui drogą lotniczą (czyli z Paryża) może cię przerazić nędza tego miasta ale jeśli przyjeżdżasz do Bangui drogą lądową potraktujesz Bangui jak prawdziwą metropolię." Po powrocie z M'baiki zrozumieliśmy dokładnie to zdanie. Wróciliśmy do domu. 
 

Łuk

     Kupiłem sobie łuk. Na łuk miałem ochotę już wcześniej ale obawiałem się, że to co sprzedają to gadget dla turystów. Jak zobaczyłem, że na bazarze sprzedają taki sam łuk jaki miał spotkany myśliwy i takie same strzały jakie miał nasz uzbrojony w łuk otwieracz bramy to kupiłem. W knajpie piłem bardzo dobre piwo kukurydziane z miejscowego browaru Mocaf i bawiłem się łukiem. Knajpa się wyludniła. Tak jakbym w Polsce siedząc w knajpie i pijąc piwo bawił się rewolwerem. W domu zacząłem się bawić tym łukiem z dziećmi. Nawet byłem zdziwiony ich entuzjazmem i tym, że nie potrafią z niego strzelać. Gdy przyszedł ktoś starszy bardzo negatywnie zareagował i poprosił abym się tym w domu nie bawił i dzieciom do ręki nie dawał. Znów jak rewolwer.  

Spotkanie z Afryką

     Afryka jest przykładem niszczącego spotkania kultury z techniką z którą ta kultura nie może sobie poradzić. Europa reagowała na wszelkie wynalazki jako na zagrożenie. Była niechętna zmianom. Zanim wynalazki inkorporowała w kulturę oswajała je, opracowywała instrukcje bezpiecznego użycia niebezpiecznych wynalazków. Afryka dostała w ręce wynalazki, z którymi się nie oswoiła bo nie miała na to czasu i wynalazki zbyt różniły się od tego co znała. Była zbyt zapóźniona i zbyt wielka żeby się oswoić. 
W Afryce wszelkie odpadki rzuca się na ziemię, tuz pod nogami. I wszystko byłoby dobrze bo w tym klimacie wszystko się błyskawicznie rozkłada. Wszystko tylko nie torebki plastykowe. Ta kultura, która poradziła sobie ze skórkami od bananów czy pestkami mango wobec torebek jest bezsilna. Wiele jest takich rzeczy. Karabin użyty zamiast dzidy czy łuku sieje śmierć. Karabin u ludów z nim obytych nie jest tak śmiercionośny. Samo pokazanie broni budzi u Europejczyka respekt, sama świadomość, że przeciwnik ma broń często wystarcza. W Afryce dla podobnego efektu trzeba wystrzelić. 

     Środki komunikacji nie spowodowały zwiększenia wymiany międzykulturowej ale zwiększyły odstęp jaki jest niezbędny aby jeden lud żył obok drugiego, spowodowały zwiększony nacisk kultur wzajemnie na siebie. Karabin i samochód spowodowały, że w Afryce stało się ciaśniej.
Kultury nieco tylko różniące się korzystają na wzajemnych kontaktach. Kontakt z Europejczykami nie dał wiele dobrego Afryce. I odwrotnie. No może Europejczycy nauczyli się, że są inne Światy na świecie.
 

Informacje praktyczne

Wiza

Dostaje się ją w ambasadzie francuskiej w ciągu jednego dnia. Wymagane: bilet, szczepienia i rezerwacje hotelu. Rezerwację dość trudno załatwić, ponieważ hotele wymagają zapłaty z góry zanim wyślą jakikolwiek dokument, ale oczywiście można pokombinować albo pogadać z urzędniczką w ambasadzie.  

Szczepienia

Wymagane szczepienia przeciw żółtej febrze. Należy mieć książeczkę szczepień ze sobą. Nie wiadomo dlaczego, ale jest bardziej kontrolowana niż paszport. Warto brać leki przeciw malarii. W Polsce popularny jest lariam, ale drogi i jego kupowanie jest skomplikowane (nie jest w Polsce zarejestrowany i trzeba kupować go w tzw. imporcie prywatnym). Nie warto wozić ze sobą leków przeciwko malarii - na miejscu łatwo kupić tanie i akurat odpowiednie na miejscowa odmianę tej choroby. W razie potrzeby można iść do ambasady chińskiej - leczą się tam miejscowi notable. Nie wiem ile to kosztuje ale nie sądzę aby było zbyt drogo.  

Bilet lotniczy

Najlepiej kupić w firmie Getz, która specjalizuje się w takich dziwnych miejscach. Kosztuje ok. 1100 do 1300 USD w zależności od sezonu. Należy pamiętać ze bilet jest otwarty i rezerwując powrót trzeba jeszcze dopłacić 100 USD na miejscu. Samolot z Paryża lata 2 razy w tygodniu, po drodze ląduje w Njamenie /stolica Czadu/, ale w nocy - więc nic nie widać.  

Noclegi

Hotel Sofitel kosztuje mniej więcej tyle co w Europie (ok. 80 - 100 USD dziennie). Za 100 USD miesięcznie można też wynająć dom z kucharką i facetem z łukiem od otwierania bramy i tzw. ochrony. Wystarczy pogadać z którymkolwiek taksówkarzem czy barmanem - oni pomogą w poszukiwaniach.  

Inne

Trzeba się przygotować na to, że co jakiś czas trzeba miejscowym chłopakom płacić za przejazd drogą, ale to groszowa sprawa, kilkaset franków (100 franków CFA = 1 frank francuski). Wstęp do stref zamkniętych (tam gdzie wydobywa się złoto i diamenty) wymaga zgody ministerstwa górnictwa. Sam po znajomości takie zezwolenie dostałem po miesiącu ale z praktyki wiem, że najlepiej jest jechać bez zezwoleń i na miejscu dogadać się z miejscowymi policjantami. Najwyżej pogrożą palcem.