|
No money, no shoes, no problem !
Meksyk - Gwatemala - Belize
© Bartosz Kubielski
To było nasze drugie podejście do wypadu w te część świata.
Na przełomie listopada i grudnia huragan Wilma pokrzyżował nam plany. Lot z Londynu do Cancun został odwołany i po odwiedzeniu kilku zacnych, londyńskich pubów wylądowaliśmy z powrotem na Okęciu z silnym postanowieniem, że „do trzech razy sztuka”.
Drugi (i na szczęście już ostatni) „raz” przypadł na drugą połowę lutego.
Niestety już tylko w czwórkę a nie w piątkę (BiBi nie dostała urlopu) wysiedliśmy z samolotu na lotnisku w Gatwick. Po zalogowaniu się w jednym z hoteli udaliśmy się na podbój londyńskich pubów, gdzie do końca dnia, z małymi przerwami (np. na zwiedzenie słynnego, herbacianego klipra Cutty Sark) oddawaliśmy się rozkoszy degustowania niezliczonych gatunków angielskich piw. Temu tematowi można by poświecić odrębny rozdział, ale nie o tym miało być… *** Kilkanaście godzin lotu (nieludzko mało miejsca na nogi) i lądujemy w Cancun.
Jest tuż przed zmierzchem, wieje ciepły wiatr a we mnie narasta poczucie satysfakcji, że oto spełniam jedno ze swoich marzeń. A spełnianie marzeń jest jedną z najbardziej zajmujących rzeczy w życiu. Bardziej pasjonujące jest chyba tylko ich snucie.
Wypożyczonym samochodem jedziemy do starej części Cancun na poszukiwanie miejsca na pierwszy nocleg na meksykańskiej ziemi. Pierwsza kolacja w pobliskiej knajpie nie jest może szczytem kulinarnych doznań ale smak chłodnego piwa, leniwie sączonego pod bezchmurnym, granatowym niebem, zdecydowanie te doznania wzbogaca. Albo, jak powiedziałby Bartek – ubogaca.
Tanie spanie z reguły wiąże się z jakimś „ale”. W naszym wypadku okazuje się, że śpimy w pokoju przechodnim do pralni a w tamtych szerokościach geograficznych nocne prania okazują się być rzeczą normalną. Po tak – sobie przespanej nocy, porannej kawie i kilku uwagach na temat francuskich win wymienionych przy śniadaniu z pewnym Kanadyjczykiem jedziemy do słynnej Zona Hotelera czyli „kurortowej” części Cancun.
Po jesiennych huraganach nie wygląda ona zbyt imponująco ale my mamy nieodparte wrażenie, że nawet bez tego Bożego dopustu nie było to miejsce, gdzie chcielibyśmy zatrzymać się na dłużej, niż chwilę.
Merida nocą
fot. Bartek Kubielski
300 kilometrów prostej do znudzenia drogi doprowadza nas do Meridy. Pierwsze zderzenie rzeczywistości z moimi wyobrażeniami o tym miejscu wypada zdecydowanie niekorzystnie na rzecz tych drugich; zakorkowane, wąskie ulice, brud i hałas – nie tak miało być…
Ale po kilku godzinach zmieniam zdanie. Wieczorem mieszkańcy zbierają się na głównym skwerze przed katedrą, dyskutują, żartują, rozmyślają – jednym słowem delektują się życiem. Niepowtarzalny klimat, którego próżno by szukać w wielkich metropoliach Starego Kontynentu. A to wszystko w otoczeniu pięknie oświetlonej katedry i urokliwych, kolonialnych budynków, pomiędzy którymi przemykają fantazyjnie ozdobione dorożki.
Jakby czas stanął w miejscu… Nawet hotel, w którym się zatrzymujemy, jakby żywcem wyjęty z poprzedniej epoki. Żaden potem już nie miał takiego klimatu. Rano jedziemy do Uxmal. To pierwsze z czterech miast Majów, jakie zobaczymy na Jukatanie. I chociaż położeniem nie może równać się z Tikal czy Tulum a rozmachem nie dorównuje Chichen Itza to nam bardzo się podoba. Może dlatego, że oglądamy je jako pierwsze, może dlatego, ze nie ma tu tłumu turystów ? A może to przez ten Pasztet Podlaski jedzony na trawie w towarzystwie bardzo sympatycznych jaszczurek metrowej długości ?
Bez pośpiechu, „po meksykańsku” zwiedzamy ruiny, oglądamy boisko do gry w pelotę (rytualna gra w piłkę, w której to przegrana drużyna skazywana była na śmierć, musiała dostarczać Majom emocji nie mniejszych niż Euroliga), wdrapujemy się na najwyższą piramidę. Docieramy nawet do, położonych na uboczu, kamiennych rzeźb sporych rozmiarów penisów. Niestety, tabliczka obok nie pozostawia żadnych złudzeń: „siadanie surowo zabronione !”
Wracamy do Meridy, w której spędzamy jeszcze jeden, uroczy wieczór. Następnego dnia ruszamy do Chichen Itza. To najokazalsze i chyba stosunkowo najlepiej zachowane z miast Majów – niestety, co za tym idzie, trochę tu tłoczno. Na parkingu przed wejściem naliczyłem dwadzieścia parę autokarów… Do tego mnóstwo handlujących lokalną „cepelią”. Doceniamy teraz spokój i ciszę, jakimi przywitało nas Uxmal.
Po zwiedzeniu ruin podjeżdżamy kilka kilometrów do pobliskiego Cenote. To taki przysmak Jukatanu: małe, położone kilkanaście metrów pod ziemią, krasowe jeziorka z cudownie chłodną, przeźroczystą wodą, zwisającymi lianami i kopułą w postaci słonecznego nieba. Sama rozkosz.

Cenote
fot. Bartek Kubielski
Na obiad zatrzymujemy się w Valladolid, innym kolonialnym miasteczku, któremu daleko do atmosfery i architektury Meridy ale za to niewielu tu turystów a meksykańskiego kolorytu nie brakuje. Pod wieczór docieramy do Tulum. Chcemy wynająć jedną z cabanas i zostać dwa dni (na południe od Tulum ciągną się kilometry przepięknych plaż, przy których stoją cabanas – drewniane chatki kryte palmowymi liśćmi, rosną pochylone od wiatru kokosowe palmy, nie ma prądu a leżenie w hamaku ze szklaneczką rumu w ręku urasta do rangi sztuki).
Niestety, zgodnie z tym co napisane jest w przewodniku – o tej porze nie ma wielkiego wyboru. Możemy za 10 USD od osoby wynająć bardzo mizerną cabana stojącą od strony lądu albo za dwa i pół raza tyle (co dość mocno przekracza realne możliwości naszego budżetu) zamieszkać w prześlicznej, stylowej chatce stojącej nad samiuteńkim morzem. Po krótkim namyśle decydujemy się na ten drugi wariant i jest to, jak się okazuje, wybór ze wszech miar trafny. Spędzamy w ten błogi sposób dwa niezapomniane dni.
Cabanas w Tulum
fot. Bartek Kubielski
Rum, wypity wieczorem w ilości większej niż wspomniana szklaneczka, uzupełniony żołądkową gorzką w odmianach: korzennej i miętowej i dopełniony rodzimym bimberkiem sprawiają, że od „nocnych Polaków rozmów” przechodzimy do etapu tańców na plaży przy akompaniamencie niezapomnianego śpiewu Pabla (Grubego) a kończymy nocną kąpielą pod niebem, które chyba tylko w tych szerokościach bywa tak rozgwieżdżone. Sceneria, jak z bajki – tyle, że w bajkach rano nie boli głowa…
Następnego dnia tym chętniej oddajemy się naszej ulubionej czynności czyli leżeniu w hamaku.
Aha, poprzedniego dnia, w tak zwanym międzyczasie, zwiedzamy ruiny w Tulum. Nie mają one może wyjątkowej wartości historycznej ale mają jedną, niepowtarzalną zaletę: położenie; są bowiem osadzone na skalistym brzegu, kilkanaście metrów powyżej powierzchni Morza Karaibskiego, którego fale rozbijają się u stóp twierdzy. Żal opuszczać ten mały raj ale na szczęście perspektywy są nie mniej nęcące: gwatemalska selva, nurkowanie z rekinami w Belize… W Tulum wsiadamy w „lekko opóźniony” autobus drugiej klasy, który ma zawieźć nas do Chetumal, miasta leżącego na granicy meksykańsko-belizyjskiej. Po kilku godzinach jesteśmy na miejscu. Jeden z polecanych w Lonely Planet hoteli z kategorii „budget” okazuje się być kompleksem dwupiętrowych, betonowych pawilonów pomalowanych na gustowny, seledynowy kolor J, w którym zamieszkują głównie hordy belizyjczyków odwiedzających ten meksykański przyczółek w celach handlowych. Ale – powtarzamy sobie – w końcu nie jesteśmy tu dla przyjemności ! Ruszamy do miasta, bo żołądki przypominają o swoim istnieniu i natykamy się na karnawałową paradę.
Jest głośno, tłumnie i kolorowo jak podczas karnawału w Rio, może na trochę mniejszą skalę.
Tydzień w Meksyku utwierdził mnie w przekonaniu, że Meksykanki w swojej masie do najpiękniejszych nie należą i w konkurencji ze swoimi koleżankami z Wenezueli nie mają najmniejszych szans, nie mniej jednak te, które biorą udział w paradzie, tej zasadzie przeczą. Jest na czym obiektyw zawiesić…
Po jakimś czasie impreza dobiega końca a my postanawiamy wreszcie coś zjeść. Nie przepuszczamy chyba żadnemu z mijanych straganów, próbujemy tacos, buritos, słodkich naleśników nadziewanych serem, soków z owoców, których nazw nie rozumiemy, nawet meksykańskich hot dogów a kończymy, jak na Meksyk przystało, w chińskim barze. Z żołądkami pełnymi ulicznego żarcia i głowami pełnymi dźwięków, kolorów i atmosfery środkowoamerykańskiej fiesty kładziemy się spać. Miarowy szum wentylatora na suficie powoduje, że błyskawicznie i bez oporu oddajemy się w ręce Morfeusza. Krótki sen, przejazd taksówką przez tkwiące jeszcze w mroku miasto i znów jesteśmy na dworcu autobusowym. Po kilku minutach siedzimy już w jedynym, kursującym na tej trasie autobusie i w iście międzynarodowym towarzystwie ruszamy do Gwatemali.
Z Meksyku do Gwatemali, drogą lądową, można się dostać albo od strony zachodniej czyli z meksykańskiego stanu Chiapas albo, od strony wschodniego wybrzeża, przez Belize. Ten drugi wariant (na który z racji naszej trasy byliśmy skazani) prowadzi z Chetumal, przez Belize City do Flores. W ciągu mniej więcej dziewięciu godzin jazdy podróżuje się de facto przez trzy kraje, dwukrotnie przekraczając granicę. Jest to rozrywka dość kosztowna, bo za każdym razem pobierane są opłaty wyjazdowe lub wjazdowe, co jest szczególnie bolesne w przypadku Belize, które zbiera wysoki haracz a dla większości jest jedynie krajem tranzytowym.
A potem jeszcze trzeba wrócić… Około piętnastej docieramy do Santa Elena. Santa Elena i Flores to niejako dwie części jednego miasta. Santa Elena leży na stałym lądzie, przy drodze z Belize, a Flores jest jej „turystyczną twarzą”, przepięknie położoną na wyspie jeziora Peten Itza, na którą prowadzi most. Wąskie, brukowane uliczki, kameralna i kolorowa zabudowa, przytulne kafejki, cisza i spokój – tym wita nas Flores. Jest na tyle małe, że można je przemierzyć pieszo wzdłuż i wszerz w ciągu trzech kwadransów. Ale zanim oddamy się snuciu po urokliwych zakamarkach musimy załatwić kluczową dla nas sprawę: wyprawę do dżungli. I w tym miejscu rada dla tych, którzy planują podobna atrakcję: ponieważ przewodniki podają, że lokalne biura potrzebują min 1-2 dni na zorganizowanie takiej kilkudniowej eskapady: próbowałem załatwić sprawę przez internet, jeszcze z Polski, żeby nie tracić dnia czy dwóch czekając we Flores (chcieliśmy wyruszyć wcześnie rano następnego dnia po przyjeździe). Właściciel jednego z takich biur potwierdzał zresztą w mailach, że ten czas jest niezbędny i na miejscu z dnia na dzień nie da się tego zrobić. Ponieważ jednak cena, jakiej żądał była wyższa niż wynikało to z informacji podanych w LP i chciał od nas sporej zaliczki – postanowiliśmy zaryzykować i zająć się tym na miejscu. I okazało się, że warto, bo po pierwsze cena na miejscu nie przekraczała kwoty widniejącej w przewodniku a po drugie bez najmniejszego problemu w ciągu kilku godzin byli w stanie zorganizować całą wyprawę. Zaoszczędziliśmy więc i pieniądze i czas. *** Jest wczesny wieczór, po kilku godzinach chodzenia wydaje nam się, że Flores znamy jak własną kieszeń. Zmęczeni podróżą, po wypróbowaniu kilku zupełnie nowych dla nas gatunków piw udajemy się do naszego hotelowego pokoju na zasłużony odpoczynek.
Wstajemy skoro świt, część bagaży zostawiamy we Flores i wyposażeni w niezbędne minimum ruszamy po przygodę. Eskapada składa się z naszej czwórki, przewodnika, tragarza, dwóch niemiłosiernie objuczonych koni i tłumacza. Ten ostatni ma na imię Raul, wygląda, jakby trafił do nas z łapanki (w przeciwieństwie do nas, targających plecaki, on nie ma zupełnie NIC oprócz tego, co na sobie). Ponieważ nasz przewodnik mówi tylko po hiszpańsku i w języku Majów, a my niestety nie władamy żadnym z tych języków, stąd obecność Raula, który całkiem zgrabnie mówi po angielsku, jest nieodzowna.

A to my: Beata Krajewska, Bartek Kubielski, Bartek Stefański
i Pablo Kasprzyk - w gwatemalskiej dzungli
Niestety, w ostatniej wiosce przed dżunglą, skąd zabieramy zapas wody i ładujemy wszystko na konie, Raul postanawia wpaść „na jednego” a potem nas dogonić i …przepada. Nasz przewodnik, Cristobal, przez pierwsze godziny marszu ma w wyrazie twarzy ufność i nadzieję, że Raul porzuci swoje zgubne hobby i wróci, ale wieczorem dociera do niego chyba, że trzeba sobie będzie poradzić bez Raula. Nocujemy w prowizorycznym obozie składającym się z wykarczowanej polany, zadaszenia, pod którym rozwieszane są hamaki i drugiego, podobnego, pod którym nasz przewodnik gotuje kolację. Nagle niespodzianka w postaci spadającego na Grubego skorpiona. Na szczęście Gruby ma refleks ale od tej pory jest mniej ufny w stosunku do gwatemalskiej przyrody. A Cristobal, jak gdyby nigdy nic, łapie skorpiona, odcina gruczoły jadowe znajdujące się w ogonie i podaje nam do ręki. Z pewną taką nieśmiałością ale…decydujemy się na to bliższe poznanie. Tuż przed zmierzchem przedzieramy się w stronę wejścia do jaskini nazywanej przez tubylców El Zotz czyli nietoperz. Po chwili jesteśmy świadkami jedynego w swoim rodzaju przedstawienia. Dokładnie o 18.30, kiedy nie jest już jasno ale jeszcze nie całkiem ciemno, z jaskini wylatują tysiące nietoperzy. Niebo na moment jest zasnute ich czarnymi, wirującymi sylwetkami i całe to rozkrzyczane towarzystwo udaje się w głąb lasu na nocny żer. Wracają podobno nad ranem a proces wlatywania do jaskini przez niezbyt duży otwór zajmuje im około godziny. Drugi, bardzo bezpośredni kontakt z tropikalną fauną, ma miejsce po zmroku. Postanawiamy z Grubym udać się na „wieczorne sikanie”. W tym celu oddalamy się o jakieś dwa kroki od naszych hamaków a ponieważ Gruby dochodzi do wniosku, że tak blisko to nawet w dżungli „nie wypada” – włączam latarkę, żeby widzieć, w co idziemy. W snopie światła, tuż pod nogami mam kilkunastocentymetrową tarantulę. Jest zdziwiona mniej więcej tak samo, jak my. Wołamy Cristobala. Nawet on, człowiek Selvy, jest zaskoczony dorodnością tego okazu. Krótka , nocna sesja fotograficzna i kładziemy się spać - do rana nikt z hamaka jakoś się nie wychyla. Budząca się do nocnego życia dżungla usypia nas niespotykanym nigdzie indziej spektrum dźwięków i odgłosów… Następny dzień to kilkugodzinny, monotonny marsz przez co raz bardziej gęsty las deszczowy. Tuż przed zmrokiem docieramy do małej polany, gdzie mamy zanocować. Za chwilę na miejscu pojawia się kilku Gwatemalczyków ze strzelbami. Przez myśl przebiega skojarzenie z jakimiś lokalnymi guerillami, ale Cristobal szybko wyjaśnia, że to strażnicy pilnujący Selvy przed kłusownikami i czuwający nad naszym bezpieczeństwem (Gwatemala „cieszy się” opinią kraju mało bezpiecznego i nawet na takim odludziu zdarzały się podobno napady). Zapada noc a my zaczynamy swoisty „wieczór kultury polsko – gwatemalskiej”.
Cristobal tłumaczy, że nasi strażnicy chcą zaśpiewać jakąś typowo gwatemalską pieśń a my mamy potem zrewanżować się czymś z naszych stron. Niby prosta sprawa, ale co by im tu zaintonować, żeby było „typowo polskie” i żeby nasza znajomość nie kończyła się na pierwszej zwrotce. Rum dodaje nam odwagi i jakoś idzie… Najpierw „Sokoły”, nie ważne, że „Ukraina”, „czarna woda” itp. Gwatemalczyk się nie pozna !. Kolejna kolejeczka rumu, oni znowu coś tam nucą a my w rewanżu… „Pożegnanie Liverpoolu”. A jak ! A na koniec hymn. Nasz narodowy hymn, w środku gwatemalskiej dżungli, brzmi nieco abstrakcyjnie ale w końcu nie takie rzeczy… Dobrze, że rumu jest niewiele bo aż boję się pomyśleć, jak ta wymiana kulturalna rozwinęłaby się dalej. Nasza wyobraźnia w każdym razie chowa w zanadrzu jeszcze inne, ciekawe rozwiązania i warianty. Trzeci dzień to przedzieranie się przez gęstą selwę ścieżką chwilami widoczną chyba tylko dla naszego przewodnika. Mierzymy z Bartkiem po ok. 190 cm i zazdrościmy Indianom, których Pan Bóg stworzył o pół metra niższymi. Wiemy już chociaż, dlaczego. Po kilku godzinach schylania się pod wiszącymi konarami i zwalonymi pniami nasze kręgosłupy mają naprawdę dosyć. W końcu gdzieś ponad koronami drzew dostrzegamy czubek jakiejś budowli. Czyli jesteśmy w Tikal. Nareszcie ! Ponieważ dotarliśmy do Tikal „od drugiej strony” tzn. nie asfaltową drogą zbudowaną dla neckerman’owskich turystów, ale dżunglą, stąd od strony wizualnej i zapachowej nieco się od neckerman’owskich turystów odróżniamy i wzbudzamy pewne zainteresowanie. Po krótkiej przerwie i nieudanych próbach doprowadzenia się do stanu umożliwiającego koegzystencję z ludźmi z „czystego świata” zaczynamy zwiedzanie.
Tikal robi wrażenie przede wszystkim ze względu na swoje położenie: pozostałe miasta Majów, które oglądaliśmy, znajdowały się blisko cywilizacji, to wyrasta nagle w samym środku dżungli. I nie jest jeszcze tak zadeptane i skomercjalizowane jak np. Chichen Itza.
Po 3 godzinach wracamy małym busem do Flores prowadząc głośne (przecież nikt nas nie zrozumie) dywagacje na temat naszego stanu higienicznego po 3 dniach w dżungli. Po jakimś czasie siedzący obok mnie gość nie wytrzymuje i, po polsku – a jakże – prosi, żebym otworzył okno „bo duszno”… No cóż, nigdzie nie można się czuć bezkarnie.
Wieczór we Flores upływa nam pod znakiem rozsmakowywania się cudownie chłodnym piwkiem przy dźwiękach bluesa. Nigdy nie wpadłbym na to, że można grać bluesa na gitarze klasycznej a tu okazuje się, że można, i to jeszcze jak ! Następny dzień to kilkugodzinna jazda autobusem do Belize City i nieco bardziej orzeźwiająca, godzinna podróż szybką łodzią motorową na Caye Caulker, jedną z wysp ciągnących się wzdłuż belizyjskiej rafy koralowej. Przewodniki opisują ją jako miejsce „sprofilowane” pod kątem plecakowych podróżników - w odróżnieniu od sąsiedniej Ambergris Caye, która nastawiona jest na turystów z dużymi walizkami i grubymi portfelami.
Mamy tu zażyć trochę karaibskiego słońca ale przede wszystkim posnorkować na pobliskiej rafie z rekinami, płaszczkami etc. Znajdujemy tanie lokum na południowym końcu tej niewielkiej wyspy. Lokum stoi tuz przy plaży, na trzymetrowych palach i za 10 USD od osoby możemy spać w towarzystwie przemiłych jaszczurek. Tych mniejszych, bo te większe, półtorametrowe, wygrzewają się przed naszym „hotelem”.

Caye Caulker, Belize
fot. Bartek Kubielski
Wyspę, podobnie jak resztę Belize, zamieszkują czarnoskórzy potomkowie niewolników, których dawno temu przywieźli z Afryki Brytyjczycy. Nie ma tu samochodów, nie ma pospiechu a autochtoni noszą koszulki z napisem „No money, no shoes, no problem !”.
I to właśnie bardzo precyzyjnie oddaje ich życiową filozofię.
Na rafę można popłynąć łodzią z silnikiem ale można też (polecam, zdecydowanie warto) pożeglować na dwumasztowym jachcie. Rafa jest rozległa i może nie najbardziej kolorowa ale za to rzeczywiście można ponurkować z płaszczką, minąć się z niewielkim rekinem albo spotkać żółwia morskiego. I chociaż sporo ładniejsze plaże oferuje karaibskie wybrzeże Meksyku to dla popływania z rekinami, poznania lokalnego kolorytu (zdecydowanie bardziej charakterystycznego dla Jamajki niż kontynentalnej Ameryki) i spróbowania jedynego belizyjskiego piwa Bellikin - przyjechać tu warto.
Po 2 dniach na Caye Caulker, powtórnym zapłaceniu opłaty wyjazdowej i szybkiej kwarantannie dobijamy późnym wieczorem do meksykańskiego kurortu (w pełnym tego słowa znaczeniu !) Playa del Carmen. Po dżungli i belizyjskiej wyspie nagle trafiamy w zupełnie inny świat: tzw 5-ta Aleja usiana jest niezliczoną liczbą hoteli, restauracji, barów i butików w europejskim stylu a wartki strumień ludzi sunie środkiem tego luksusowego kawałka miasta . Znalezienie noclegu za mniej niż 15 USD graniczy z cudem, ale udaje się. I to przy samej plaży. Następnego dnia, po nieudanej próbie dostania się na wyspę Cozumel wyruszamy do Xel Ha. To coś, co można by określić jako eko-park wodnych rozrywek. Można tu snorkować z bajecznie kolorowymi rybami w dużym natężeniu, popływać z delfinami (dopłacając jedyne 115 USD :), poskakać do wody z kilkumetrowej skały, spłynąć niby-górską rzeką, poleżeć w hamaku itp. Po parku chodzi się piechotą albo jeździ stojącymi w różnych miejscach rowerami. Trochę to wszystko mało naturalne jak na „naturalny park” ale jak na ostatni dzień w Meksyku trochę takiej eko-rozrywki dobrze nam robi.
A następnego dnia, nakupiwszy wiktuałów na długą drogę, opłaciwszy ponad piędziesięciodolarowy haracz zwany dla niepoznaki „opłatą wyjazdową” ruszamy w kierunku ukochanego domu (z obowiązkową przerwą na piwko w Londynie J ). Bartek Kubielski
|