|
Pociągiem przez Skandynawię
Szczepan i Alina
Termin: 2 – 17 czerwca 2006
Skandynawia jest bez wątpienia jednym z najpiękniejszych zakątków Europy i jednocześnie jednym z najdroższych. Ceny przejazdów, noclegów, posiłków sprawiają, że dociera tam stosunkowo niewielu polskich turystów. Chcąc w miarę tanio zwiedzić Finlandię, Norwegię i Szwecję zdecydowaliśmy się na zakup biletu wieloprzejazdowego Interrail. Cena biletu jest, co prawda dość wysoka (ok. 150 euro), ale jest to niczym w porównaniu z tym ile przyszłoby nam łącznie zapłacić za przejazdy, gdybyśmy każdorazowo kupowali osobny bilet na pociąg czy autobus.
Dzień 1.
Podróż naszą zaczęliśmy od Oslo, gdzie dotarliśmy późnym popołudniem. Mieliśmy, więc tylko cztery godziny na zwiedzanie (Zamek Królewski z parkiem, Parlament norweski, Ratusz – przykład socrealistycznej architektury państw skandynawskich, nabrzeże wraz z portem obecnie przebudowywanym na centrum handlowo-mieszkaniowe). Generalnie stolica Norwegii nie robi jakiegoś niesamowitego wrażenia –ot, nowoczesne, ładnie (bardzo ładnie rzekłbym) położone miasto. Wieczorem wsiedliśmy w nocny pociąg zmierzający do Sztokholmu. Wagon z miejscami siedzącymi jest tylko jeden i tłoczny bardzo akurat był, więc zdecydowaliśmy się na miejsca leżące (140 SEK od osoby). Na szczęście był to pierwszy i ostatni przypadek w trakcie całej podróży, kiedy zabrakło w pociągu miejsc siedzących. Ponieważ bilet kupowaliśmy u konduktora, a nie w kasie, mieliśmy cały przedział dla nas.
Dzień 2.
Nad ranem dotarliśmy do Sztokholmu. Sztokholm robi zdecydowanie lepsze wrażenie niż Oslo. Samo centrum położone jest na kilku wyspach połączonych ze sobą mostami. Na szczególną uwagę zasługuje starówka (Gamla stan) pełna wąskich, krętych i często stromych uliczek. Tutaj znajduje się również zamek królewski, którego zwiedzanie jednak sobie odpuściliśmy. Po drodze z dworca do starówki przechodzi się deptakiem przez (dosłownie „przez”) Riksdag - parlament szwedzki.Następnym punktem dnia była Uppsala, stare miasto uniwersyteckie (znajduje się tu najstarszy w Skandynawii uniwersytet). W Uppsali zwiedziliśmy chyba prawie wszystko, co się dało tj. starówkę, katedrę, zamek oraz parka akademicki wraz ze starą biblioteką i obserwatorium astronomicznym. Zrezygnowaliśmy z odwiedzenia tzw. „starej Uppsali” – położonej kilka kilometrów od centrum resztki najstarszej części miasta. Późnym popołudniem ruszyliśmy na północny zachód, w kierunku Dalarny – części kraju uznawanej za najbardziej szwedzką.
Dzień 3 i 4
Te dwa dni spędziliśmy u znajomych w Dalarnie, przy okazji zwiedzając (głównie samochodem) okoliczne miasta i miasteczka. Interesująca jest stara część miasta Avesta, gdzie zachowała się jeszcze jednolita stara zabudowa złożona czerwonych drewnianych domków (poza tym Avesta to ponure i brzydkie miasto). W miasteczku Säter (również z ładnie zachowanym centrum miasta i ratuszem) odwiedzamy darmowy skansen-muzeum na świeżym powietrzu złożony z dwudziestu kilku tradycyjnych budynków mieszkalnych i gospodarczych. W drodze do Falun, stolicy regionu, zatrzymujemy się w Vika, by zwiedzić stary bardzo dobrze zachowany kościółek. Falun jest ślicznie położoną stolicą regionu. W centrum zachowało się parę zabytków, ale nie jest to nic specjalnego. Większość zabudowy, podobnie jak w większości szwedzkich miast, stanowią mało atrakcyjne architektonicznie klocki (trochę to przypomina dawne NRD). Nad miastem góruje skocznia narciarska, na której swego czasu skakał nawet Adam Małysz. Niestety skoki narciarskie nie są zbyt popularne w Szwecji, więc stosunkowo mało osób zna tutaj naszego skoczka. W krajobrazie regionu dominują głównie pagórki, lasy i jeziora. Moim zdaniem dużo ciekawsze i ładniejsze niż te w Finlandii. Pod koniec drugiego dnia pobytu w Dalarnie wsiedliśmy w pociąg do Sztokholmu, skąd po późno wieczornym spacerze po starówce ruszyliśmy o północy w kierunku Östersund, oddalonego o 600 km na północ od szwedzkiej stolicy. Od Gävle pozostało w wagonie kilkanaście osób, więc mieliśmy sporo miejsca na rozłożenie się ze śpiworami (zimno).
Trondheim
Dzień 5.
O 7 rano wysiadamy w Östersund, stolicy regionu Jämtland. Poza ceglanym ratuszem to nie ma w tym mieście nic ciekawego. Ulice proste, krzyżujące się pod kątem prostym. Spędzamy tu godzinę i jedziemy do Trondheim. Mieliśmy pewne obawy, gdyż zgodnie z informacjami na stronie Interrail i tymi zdobytymi na dworcu nasz bilet nie obowiązuje na tym odcinku i daje nam jedynie prawo do 50% zniżki. Na szczęście obaj konduktorzy (szwedzki i norweski) tego przepisu najwyraźniej nie znają i jedziemy za darmo (oszczędzamy tym samym ok. 200 NOK). Podróż zajmuje prawie pięć godzin, ale jest naprawdę ciekawa, gdyż trasa przejazdu wiedzie przez wyjątkowo malownicze okolice. Niemrawe miejscowości po szwedzkiej stronie granicy to w zimie podobno ruchliwe kurorty narciarskie. W lecie jednak niewiele się tu dzieje, a na małych stacjach wsiada najwyżej kilka osób. Trondheim to stare miasto ze świetnie zachowaną katedrą (wstęp niestety płatny), starym portowym nabrzeżem i urokliwą starówką - złożoną, jak to w Skandynawii, ze starych drewnianych domków. To co się rzuca w oczy, to w odróżnieniu od Szwecji różnorodność kolorów jakimi domy są malowane. Z położonego nad miastem starego fortu roztacza się bardzo ładny widok na miasto, zatokę i okoliczne wyspy. Pod koniec pobytu udajemy się na spacer po nowoczesnym centrum handlowo-mieszkaniowym urządzonym na terenie dawnej stoczni. Część dźwigów i urządzeń została pozostawiona jako swego rodzaju atrakcja. Po godzinie 23 (ciągle jest jasno) udajemy się nocnym pociągiem do Oslo.
Trondheim
Dzień 6.
W Oslo spędzamy mało czasu. Bardzo mało. Początkowo planowaliśmy udać się porannym pociągiem do Bergen, ale okazuje się, że nie ma już miejsc. Sprawdzamy rozkład jazdy – za 10 minut odjeżdża pociąg w kierunku Stavangeru. Po czterech godzinach podróży wysiadamy w Kristiansand, najbardziej na południe wysuniętym norweskim portem. Uwagę zwracają białe drewniane domki. Na terenie dawnego fortu blisko nad zatoką urządzamy sobie mały piknik. Podobno warto odwiedzić okoliczne wyspy, ale na to brak nam czasu i pewnie (jak się domyślamy) pieniędzy. Po trzech godzinach pobytu w mieście jedziemy do Stavangeru. Trasa bardzo malownicza. Po drodze robimy krótki postój w Sandenes, małym portowym miasteczku, ładnie położonym nad miejscowym fiordem. Niestety ten ładny widok jest mocno popsuty przez miejscowy port i jakieś magazyny. Co innego Stavanger. Stara, drewniana, część miasta jest naprawdę bardzo ładna. Bardzo interesująca jest zabudowa nabrzeża portowego (drewniana i kolorwa). Warto odwiedzić Muzeum Ropy Naftowej. My niestety się spóźniliśmy i eksponaty (te na parterze) mogliśmy podziwiać tylko przez szybę. Tutaj nawet zwykłe domki mieszkalne (w 90% pomalowane na biało) położone nieco dalej od centrum stanowią atrakcję samą w sobie.
Dzień 7.
Po całonocnej podróży, około 6 rano, wysiadamy na dworcu w Oslo i po krótkim śniadaniu ruszamy w kierunku Bergen. Sieć kolejowa w Norwegii jest tak zbudowana, że podróżując miedzy większymi miastami prawie zawsze trzeba jechać przez Oslo. Choć wydaje się to absurdalne, to chcąc przejechać pociągiem (autobus w naszym wypadku odpadał) ze Stavangeru do Bergen konieczna jest podróż naokoło przez norweską stolicę. Czyni to podróż wielokrotnie dłuższą, ale z drugiej strony pozwala zaoszczędzić na noclegu. Tym razem informacje o braku miejsc nas nie odstraszają – przecież musimy jakoś tam dojechać. O tym, że brakuje miejsc informuje nas również na samym wstępie konduktor. Ostrzega też, że od „następnej stacji” nasze miejsca będą zajęte. To ostrzeżenie o tajemniczych podróżnych, którzy zajmą nasze miejsca wysłuchaliśmy chyba trzy razy podczas naszej podróży. Oprócz starszej pani, która się dosiadła obok nas nikt się jednak nie pojawił. Nie zmienia to jednak faktu, że w pociągu było tłoczno. Większość pasażerów stanowili zachodni turyści, którzy wysiedli na stacji Myrdal, gdzie przesiedli się do turystycznego pociągu jadącego krętą, podobno przepiękną trasą, do miejscowości Flam. Niestety, posiadając bilet Interrail możemy uzyskać jedynie 20% zniżki. Nie możemy jednak narzekać, gdyż widoki na trasie z Oslo do Bergen również są niesamowite, iście księżycowe – zero drzew, same skały. Szczególne wrażenie robi śnieg zalegający w górach, czy zamarznięte jeszcze jeziora. My wysiadamy na stacji Voss. Małe górskie miasteczko, malowniczo położone nad jeziorem. Dobre miejsce na przerwę w podróży i mały spacer. Po trzech godzinach siedzimy już w osobowym pociągu do Bergen. Bergen jest chyba najciekawszym miastem w Norwegii. Bardzo interesująca jest stara drewniana zabudowa portowa (Bryggen), dawny fort (w dalszym ciągu używany jest przez armię, a w samym jego środku sterczy ogromny betonowy bunkier). Warto pospacerować stromymi, bocznymi uliczkami w okolicach centrum. Ciekawa może być również wizyta na targu rybnym. Wybór ryb i stworzonek morskich jest przeogromny i przeciekawy. Niestety – bardzo drogi i nastawiony chyba głownie na japońskich turystów (na niektórych stoiskach przyjmowane są nawet japońskie jeny!!). Pomijając jednak tą komercję jest to miejsce godne odwiedzenia.
Dzień 8.
Oslo po raz kolejny i kolejna przesiadka. Tym razem do położonego na południu Fredrikstad. Bardzo ciekawe jest świetnie zachowane, otoczone murem i fosą stare miasto. Dotrzeć tam trzeba promem z centrum miasta (10 NOK), który kursuje co 15 min. Z Fredrikstad jedziemy na północ, do Lillehamer – zimowej stolicy Norwegii. Niestety poza tym, że odbyły się tu igrzyska olimpijskie nie wiele można o Lillehamer powiedzieć. Brak jakiś specjalnych atrakcji, a te które są (np. stary drewniany kościółek) są płatne. Przynajmniej widoki są ładne i za darmo. Popołudniu wysiadamy w Oslo. Zwiedzamy to co pominęliśmy tydzień temu – m.in. stary fort, z którego roztacza się fantastyczny widok na miasto, port i zatokę. Świetne miejsce, aby usiąść i odpocząć. Wieczorem wsiadamy po raz drugi w tej podróży do pociągu zmierzającego do Sztokholmu. Tym razem z wolnymi siedzeniami nie ma problemu.
Dzień 9.
Budzimy się rano – daleko od Sztokholmu, daleko po czasie. Okazuje się, że po drodze zepsuła się lokomotywa i mamy prawie dwie godziny opóźnienia. W ramach poprawy wizerunku firmy pasażerowie otrzymują darmową kawę. W Sztokholmie łapiemy pociąg do Borlänge w Dalarnie, gdzie ponownie odwiedzamy naszych znajomych. Późnym popołudniem ruszamy dalej – do Gävle. Tutaj po godzinnym spacerze po centrum wsiadamy do długiego jak gąsienica pociągu relacji Sztokholm – Narwik / Lulea. Miejsc siedzących jest pod dostatkiem. Pociąg zatrzymuje się rzadko, za oknami głównie lasy i jeziora, z rzadka jakieś domy.
Tornio
Dzień 10.
Przed siódmą rano wysiedliśmy w Lulea, porcie na samym końcu Zatoki Botnickiej. Była niedziela, więc na ulicach o tej porze było jeszcze pusto. Autobus do Haparandy przy granicy fińskiej mieliśmy dopiero o 11 więc wybraliśmy się na spacer po mieście. Szczerze mówiąc nic specjalnego. Warto zajrzeć do zespołu starych drewnianych zabudowań (wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO) znajdujący się na przedmieściu Lulea. Około 13 wysiadamy w Haparandzie. Do fińskiego Tornio idzie się stąd kilka minut. Haparanda została założona dopiero w XIX wieku po przyłączeniu Finlandii do Rosji jako miasteczko graniczne. Z tego też powodu nie ma tu prawie nic ciekawego. Czuje się też, że przebywa się w tej biedniejszej części Szwecji. Interesujący jest jedynie sporych rozmiarów budynek nieczynnego od wielu lat dworca kolejowego. Nie lepiej było w Tornio. Choć koniecznie musimy polecić wizytę w miejscowej cerkwi i starym kościółku, który znajduje się w samym centrum miasta. Prowincja fińska to poważne wyzwanie dla osób nie znających języka fińskiego. Rozkład jazdy na dworcu opisany był tylko i wyłącznie po fińsku. Kierowca autobusu, który przyjechał, wysiadł i tłumacząc coś po fińsku (tylko i wyłącznie po fińsku) zebrał po 5 euro za przejazd. Spróbowaliśmy wsiąść – nie wolno. Po chwili przyjechał drugi autobus. Wysiadł z niego kierowca i zamienił się na autobusy z tym kierowcą, który skasował od nas pieniądze. Teraz mogliśmy wsiąść. Plecaki jechały razem z nami na siedzeniach, a więc było trochę ciasno. Po 30 minutach wysiedliśmy w Kemi, takim sobie przemysłowym miasteczku. Uprzejmy kierowca podwiózł nas aż pod sam dworzec kolejowy, ale niestety okazało się, że na tym nasza przygoda z autobusami się nie skończyła. Trwał właśnie remont torów i do Oulu (2h jazdy) dotrzeć musieliśmy kolejowym autobusem. W Oulu krótki spacer po okolicach dworca i zajmujemy miejsca w pociągu (oczywiście bez miejscówek). Fińskie pociągi pospieszne są bardzo wygodne i przestronne (szerokie tory...). Monotonne krajobrazy za oknem dodatkowo ułatwiają zaśnięcie. Początkowo jest to na swój sposób niesamowite – tylko las, las i las. Bez porównania dużo więcej lasów niż w Szwecji, choć jeszcze dzień wcześniej wydawało mi się, że północna Szwecja to najbardziej odludny rejon w Europie. Co jakiś czas pociąg zatrzymuje się na stacji w środku lasu – wokół 3-4 domy, ewentualnie jakiś tartak. Reszta to las. Z rzadka jakieś miasto-miasteczko się zdarzy. Tak więc upojeni widokami za oknem dość szybko zasnęliśmy.
Dzień 11.
W Helsinkach trafiliśmy na „Dzień Helsinek” – koncerty, wystawy, festyny itp. Niestety mieliśmy za mało czasu na skorzystanie z tej oferty. Zdążyliśmy jednak zobaczyć największe atrakcje miasta (m.in. katedrę i twierdzę Suomenlinna). Suomenlinna (szwedzka nazwa Sveaborg) wzniesiona przez Szwedów, zmodernizowana przez Rosjan, a obecnie remontowana przez Finów to dużych rozmiarów warowny fort/twierdza na wyspie oddalonej o 15 min od centrum (prom pływa co 30 min, 3,80 € w dwie strony). Jest to dość dziwne miejsce. W dawnych zabudowaniach wojskowych obecnie znajdują mieszkania, których lokatorzy nie wydają się należeć do najbogatszej część mieszkańców fińskiej stolicy. Cały obiekt jest mocno zapuszczony i naszym skromnym zdaniem jest mocno przereklamowany (wpisany na listę zabytków UNESCO). Po trzygodzinnym, rozczarowującym marszu przez Suomenlinnę wróciliśmy do miasta i wybraliśmy się na długi spacer po centrum. Bardzo przydatne i pomocne jest centrum informacji turystycznej, w którym uzyskać za darmo możemy mapy, ulotki, informacje – wszystko. To właściwie rzuca się w oczy w całej Finlandii. Nawet w najmniejszej miejscowości na stacji czeka na turystów zestaw folderów, informatorów i map. Pod koniec pobytu w Helsinkach odwiedziliśmy znajdujące się niedaleko dworca muzeum Poczty Fińskiej (wstęp darmowy). Polecamy. Podmiejskim pociągiem ruszyliśmy na południe w kierunku nadmorskich kurortów Hanko oraz Ekenas. Region ten, podobnie jak cała południowo-zachodnia i zachodnia Finlandia jest gęsto zamieszkały przez ludność szwedzkojęzyczną (szwedzki jest obok fińskiego językiem urzędowym w Finlandii). Nawet biura adwokackie, salony fotograficzne opisane są po szwedzku. Jest to pewne ułatwienie, gdyż napisy szwedzkie mówią polskiemu turyście (zwłaszcza znającemu angielski czy niemiecki) dużo więcej niż te fińskie. Obie wspomniane miejscowości to wczasowiska. My byliśmy jeszcze przed sezonem więc mogliśmy spokojnie i w ciszy po nich spacerować. W Ekenas przenocowaliśmy na campingu (6 euro od osoby). Ciepło i jasno prawie do północy.
Helsinki
Dzień 12.
Wstaliśmy wcześnie rano i ruszyliśmy na stację kolejową. Po ponad dwóch godzinach byliśmy w ponownie w Helsinkach z zamiarem złapania najbliższego pociągu udającego się w kierunku Karelii. Okazało się, że wszystkie pociągi (poza porannym, na który nie mogliśmy zdążyć) to pociągi Intercity, do których powinniśmy dopłacić po 6 euro. Spojrzeliśmy na rozkład jazdy pociągów osobowych, a potem na mapę. Za dwie minuty odjeżdżał pociąg do stacji Kouvola, położonego na wschód od Helsinek. Zdążyliśmy. Po drodze uchwyciliśmy aparatem skocznie w Lahti (też na nich Adam Małysz skakał:). W Kouvola spotkało nas podwójne rozczarowanie – pierwsze to betonowatość miasta (zero czegoś ciekawego), drugie to zero pociągów osobowych jadących w interesującym nas kierunku. Zaryzykowaliśmy i wsiedliśmy do Intercity bez miejscówek i obowiązkowych dopłat. Jak się okazało – słusznie. Konduktor, podobnie zresztą jak większość fińskich konduktorów, sprawiał wrażenie jakby pierwszy raz widział na oczy bilety Interrail i nawet nie wiedział czy ma je kasować, nie wspominając już o dopytywaniu się o jakieś dopłaty. Z uratowanym budżetem, skupiliśmy się na podziwianiu krajobrazu, gdyż według różnych źródeł trasa, którą jechaliśmy jest „wyjątkowo malownicza”. Czekaliśmy, czekaliśmy i nic. Pojawiło się parę jezior, ale żeby to obejrzeć wystarczy wsiąść do pociągu z Tczewa do Chojnic, a nie tarabanić się na drugi koniec Europy. Nie zasnęliśmy – tym samym wykazaliśmy się gigantyczną cierpliwością i wytrzymałością. Późnym popołudniem dotarliśmy do Joensuu, średniej wielkości miasta przemysłowego z dość dużą stopą bezrobocia (jak się potem dowiedzieliśmy). Mało do zobaczenia, mało do zwiedzenia. Dużo za to parków i miejsc do spacerowania. Dużo również okazji do oberwania – wieczorem bowiem właściwie co chwila natykaliśmy się na grupki miejscowych chuliganów. Po 23 ruszyliśmy pociągiem do Turku (po szwedzku Abo). W pociągu pasażerów mało. Po drodze stawaliśmy niemal na wszystkich stacjach, przy czym jeden postój trwał nawet 90 minut i w żadnym wypadku nie był to wynik opóźnienia.
Dzień 13.
Około piątej rano zbudził nas konduktor. Spojrzeliśmy za okno – Tampere (po szwedzku Tammerfors), czyli teoretycznie jeszcze dwie godziny do końca. Konduktor coś nam tłumaczył, ale niestety po... fińsku. Nie zrozumieliśmy o co dokładnie chodzi, ale wywnioskowaliśmy, że powinniśmy wysiąść. Okazało się, że to kolejny remont torów. Tym samym musieliśmy jechać autobusem. Z Turku od razu ruszyliśmy autobusem miejskim do położonego nad morzem Naantali (po szwedzku Nadendal, ok. 5 euro w dwie strony). W porównaniu z innymi miastami fińskimi Naantali jest bardzo ładnym miejscem. Ładne centrum z małymi, typowo szwedzkimi drewnianymi domkami. Odpuściliśmy sobie natomiast wizytę w położonej na pobliskiej wysepce (można dojść specjalnym pomostem) Dolinie Muminków – zdecydowanie za drogo (17 euro). Na szczęście ten park rozrywki nie zajmuje całegj wyspy, więc można przyjemnie odpocząć sobie na jednej z plaż i wykąpać. Skorzystaliśmy jeszcze z internetu w miejscowej bibliotece i wracamy do Turku. Warto zwiedzić centrum Turku wraz katedrą oraz oddalony o 1,5 km zamek. Kolejny przystanek to Tampere. Tym razem jechaliśmy pociągiem. Tampere to stare przemysłowe miasto z ciekawą ceglaną zabudową. W dawnych fabrykach obecnie urządzono centra handlowe, biurowe i kino. Warto również przespacerować się, aby obejrzeć cerkwię i katedrę. Ta ostatnia niestety była akurat w remoncie i prawie całkowicie zastawiona rusztowaniami. Szybkie zakupy w supermarkecie i chwilę później byliśmy już w pociągu, który miał nas zabrać na północ Finlandii, do Rovaniemi.
Wioska Św.Mikołaja. Biały pas to granica koła podbiegunowego.
Dzień 14.
Pociąg dotarł do Rovaniemi z prawie dwugodzinnym opóźnieniem. Samo miasto jest średnio interesujące. W parku nad rzeką zjedliśmy śniadanie i udaliśmy się do celu naszego pobytu – wioski Świętego Mikołaja, położonej nad samym kołem podbiegunowym (8 km na północ od Rovaniemi, autobus w dwie strony: ok. 5 euro). Samo miejsce można streścić w sześciu słowach: „komercja, komercja i jeszcze raz komercja”. Pełno zachodnich turystów (a było przecież rano i jeszcze przed sezonem) robi sobie zdjęcia na linii rzekomo wyznaczającej koło podbiegunowe. Pełno pamiątek, łosi, pocztówek itp. Pocieszeniem jest fakt, iż znajomi dostaną pocztówki z oryginalną pieczątką. Rozczarują się ci, którzy spodziewają się Christmas Shopu. Ozdób choinkowych i tego typu produktów nie ma w ogóle. Wróciliśmy do miasta - spacer, zakupy, wizyta w biurze informacji turystycznej i hop do pociągu. Podobnie jak gdzie indziej za oknami tylko las. W Kemi od razu złapaliśmy autobus do Tornio, a stamtąd na pieszo do Haparandy. Takie dziwne uczucie przekraczać granicę zwykłą wydeptaną ścieżką. Późnym popołudniem dotarliśmy do Lulea. Było zdecydowanie za zimno na rozbijanie namiotu, więc postanowiliśmy nocować w pociągu. Brak jednak nocnych połączeń między Lulea i Narwikiem. Wsiedliśmy zatem do pociągu zmierzającego do Sztokholmu i wysiedliśmy na stacji Vännäs w pobliżu Umea. Tam planowaliśmy poczekać na pociąg jadący w przeciwnym kierunku (tzn. z powrotem na północ). Stacja mała, miejscowość mała, godzina pierwsza w nocy. Zimno. Na szczęście poczekalnia była otwarta (aż dziw bierze, gdyż zatrzymuje się tu tylko 6 pociągów dziennie). W poczekalni nie było nikogo, więc mogliśmy rozłożyć śpiwory, nastawić zegarki i podrzemać. Po trzeciej zbudziła nas jakaś kobieta z dziećmi – była zła. Pociąg była opóźniony o godzinę. Ostatecznie przyjechał dopiero o 4:50.
Dzień 15
Obudziliśmy się dopiero w Boden. Potem usadowiliśmy się wygodnie, aby móc podziwiać krajobrazy z oknem. Do Kiruny raczej niczego specjalnego nie zobaczyliśmy (same pustkowia, w Kirunie uwagę zwraca jedynie sporych rozmiarów kopalnia), ale potem nie można już było oderwać się od okna (góry, jeziora). Odcinek od granicy do samego Narwiku dosłownie zapiera dech w piersiach. W Narwiku zastała nas iście sztormowa pogoda – wiało (mocno) i padało (bardzo mocno). Udaliśmy się na krótki spacer do centrum. Nad miastem mgła, więc okolicznych gór obejrzeć nie sposób. Zrobiliśmy zdjęcie z portem, gdzie przeładowuje się szwedzką rudę z pociągów na statki i uciekliśmy z powrotem na dworzec. Po 20 minutach siedzieliśmy ponownie w tym samym pociągu, tym razem jadąc w odwrotnym kierunku. Nawet konduktorka dziwowała się trochę się trochę naszej jeździe w tą i z powrotem. Jechaliśmy bez miejscówek, więc w nocy przyszło nam jeszcze zmieniać wagon.
Dzień 16.
O godzinie dziewiątej wysiedliśmy w Gävle. Było ciepło, wręcz gorąco. Tu naszym celem było Muzeum Kolejnictwa. Fajne i ciekawe, ale nie dla kogoś kto nie zna języka szwedzkiego. Do 16 spacerowaliśmy sobie po mieście, a potem wsiedliśmy do osobowego pociągu do Borlänge. Następnego dnia ruszyliśmy w podróż powrotną do Polski.
Informacje praktyczne:
Dokumenty
Do przekroczenia granicy wystarczy dowód osobisty. Pomiędzy państwami skandynawskimi nie ma kontroli paszportowej. Celnicy uaktywniają się bardzo rzadko. Radzimy jednak zabrać paszporty, gdyż jeśli ktokolwiek będzie chciał coś załatwić to z dowodem osobistym niewiele zdziała. Studentom przydadzą się legitymacje studenckie ISIC.
Waluta:
Szwecja: korona szwedzka (SEK), 1 SEK = 0,44 zł
Norwegia: korona norweska (NOK), 1 NOK = 0,51 zł
Finlandia: euro, 1 euro = ok. 4 zł
Ceny:
chleb: ok. 17 SEK, ok. 13 NOK, ok. 01 eu
woda mineralna (1,5 l): ok. 19 SEK, ok. 9 NOK, ok. 1,5 eu
schowek na dworcu (na 2 plecaki): 20-25 SEK, 20-30 NOK, 2-3 euro
znaczek na pocztówkę: 10 SEK, 8 NOK, 1 euro
Najtaniej wychodzą zawsze zakupy w tanich supermarketach (tzn. tanich z punktu widzenia miejscowych). W Szwecji do takowych zalicza się Willy’s oraz Lidl. Ich wadą jest to, że zwykle znajdują się na przedmieściach i trudno tam dotrzeć na piechotę. Sklepy sieci ICA są ciutkę droższe (zresztą nie zawsze), ale są w 95% szwedzkich miast i zwykle znaleźć je można w samym centrum. W Norwegii najtaniej wychodzi kupowanie w sklepach Rema1000. W Finlandii najniższe ceny były w Lidlu. Za prawie wszystkie sprzedawane butelki (plastikowe i szklane)i puszki (od napojów) możemy odzyskać kaucję. Automaty na puszki i butelki ustawione są w większości supermarketów.
Nocleg:
Chcąc ograniczyć koszty nocowaliśmy głównie w pociągach i pod namiotem. Na terenie wszystkich trzech krajów obowiązuje bowiem prawo zezwalające na rozbicie namiotu w każdym miejscu, które nie jest terenem prywatnym i nie znajduje się zbyt blisko domów mieszkalnych (ok. 150m). Na terenach gęściej zamieszkałych znalezienie takiego miejsca czasami może być problemem, ale w ostateczności zawsze można zatrzymać się na kempingu (zwykle opłata wynosi 6-10 euro / 50-100 koron od osoby). Na trasie kolejowej wiodącej na północ Szwecji (odcinek Ange – Boden) nocować można na dworcach kolejowych. Wiele z nich jest czynnych całą dobę. To małe miejscowości na odludziu, więc raczej nie grozi nam towarzystwo bezdomnych czy jakiś lumpów. Ewentualnie przeszkadzać może dość intensywny ruch pociągów towarowych na dworcu.
Komunikacja:
Kraje Skandynawskie mają stosunkowo dobrze rozbudowaną i sprawnie funkcjonującą sieć kolejową, choć nie sięga ona bardziej odludnych terenów – zwłaszcza na północy Norwegii i Finlandii. Autobusy są z reguły tańsze od pociągów, ale na prowincji jeździ ich bardzo mało.
Bilety
My skorzystaliśmy z biletu Interrail. Cena w Polsce wynosi ok. 150 euro (płatne w złotówkach, ale cena każdorazowo przeliczana jest z euro na złotówki przy zakupie). W Szwecji jest to o 45 euro więcej (płatne w koronach). Kupując bilet w Szwecji trzeba się ostro kłócić, gdyż zdaniem większości kasjerów/kasjerek taki bilet będzie nieważny na terenie Szwecji. Jest to nieprawda. Bilet Interrail nie jest ważny w kraju zamieszkania, a nie kraju zakupu (a tak próbują wmawiać w kasach międzynarodowych w Szwecji). Przed wyjazdem wiele osób straszyło nas dodatkowymi kosztami przejazdów w postaci obowiązkowych rezerwacji miejsc w pociągach, zwłaszcza nocnych (jedna miejscówSka kosztuje ok. 20-30 zł). W praktyce tych rezerwacji nikt od nas nigdzie nie wymagał, choć czasami trzeba było zmieniać, gdy zjawił się ktoś z wykupioną miejscówką. Z reguły jednak nie było problemu ze znalezieniem wolnych miejsc. Oczywiście jeśli ktoś chce to w każdym z tych trzech krajów bez problemu może sobie osobną miejscówkę zakupić. W szczycie sezonu letniego czasami może to być nawet konieczne, ale jak wspomniałem – my problemów z miejscami nie mieliśmy.Generalnie konduktorzy w Skandynawii robią często wrażenie jakby pierwszy raz widzieli Interraila na oczy i czasami nawet nie wiedzą czy konieczna jest jakaś dopłata czy nie.
Poczta:
Znaczki można kupić w części kiosków, marketów i oczywiście na poczcie. Wyjątkiem jest Szwecja, gdzie urzędy pocztowe (w takim znaczeniu jak u nas są) zostały w większości polikwidowane. Znaczki, koperty, paczki – wszystko to załatwia się w marketach ICA lub na stacjach Statoil.
Język:
We wszystkich krajach powszechnie rozumiany jest język angielski. Pewne problemy mogą czasami pojawić się jedynie w Finlandii, zwłaszcza na prowincj. Języki obce inne niż angielski często są traktowane języki egzotyczne.
|
|
|